Rydzyk zostanie usunięty z zakonu i Radia Maryja?

July 13th, 2007

W Rzymie zapadły już decyzje dotyczące przyszłości założyciela Radia Maryja, Telewizji TRWAM i “Naszego Dziennika”. Jak się dowiedziała nieoficjalnie gazeta internetowa Wiadomości24.pl, decyzje te mają zostać ogłoszone w najbliższych dniach.
Dyrektor Radia Maryja o. Tadeusz Rydzyk. / Fot. PAP/Maciej KurońJak sie dowiedzieliśmy nieoficjalnie ze źródeł zbliżonych do watykańskich duchownych zajmujących się sprawą założyciela Radia Maryja, Stolica Apostolska chce szybkiego rozwiązania problemu o. Tadeusza Rydzyka. Od dłuższego czasu “niepokoiły ją niektóre sposoby ewangelizacji” zakonnika. Niektórzy doświadczeni duchowni dostrzegali niebezpieczeństwo podziału polskiego Kościoła wskutek części działań toruńskiego centrum medialnego.

Niepokój rzymskich duchownych przyglądających się funkcjonowaniu radia i innych jego ośrodków medialnych miała pogłębić seria ostrych artykułów “Naszego Dziennika” krytykujących postawę publicystów katolickich wobec “problemu Wielgusa” i powodujących zamęt oraz zgorszenie wśród części Polaków. Czarę goryczy miały przelać jednak ostatnio opublikowane wypowiedzi dyrektora radia. Jakie kroki podejmą władze Zakonu Redemptorystów na prośbę watykańskiej kongregacji?
Zobacz także:
Szokujące wykłady o. Rydzyka
Apel Centrum Simona Wiesenthala: Odwołajcie ojca Rydzyka

Możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy polegałby na administracyjnym (przez władze zgromadzenia) odsunięciu zakonnika od mediów i toruńskiej szkoły. Najprawdopodobniej też na jakiś czas zostałby przeniesiony do domu zakonnego za granicą. I drugi, bardziej zdecydowany, polegający na usunięciu o. Rydzyka z zakonu. I ten wydaje sie być bardziej realny. Potem ks. Tadeusz Rydzyk zostałby przypisany do którejś z diecezji. Być może nawet nie w Polsce.

Autor artykułu:

Rydzyk zostanie usunięty z zakonu i Radia Maryja?

July 13th, 2007

W Rzymie zapadły już decyzje dotyczące przyszłości założyciela Radia Maryja, Telewizji TRWAM i “Naszego Dziennika”. Jak się dowiedziała nieoficjalnie gazeta internetowa Wiadomości24.pl, decyzje te mają zostać ogłoszone w najbliższych dniach.

Jak sie dowiedzieliśmy nieoficjalnie ze źródeł zbliżonych do watykańskich duchownych zajmujących się sprawą założyciela Radia Maryja, Stolica Apostolska chce szybkiego rozwiązania problemu o. Tadeusza Rydzyka. Od dłuższego czasu “niepokoiły ją niektóre sposoby ewangelizacji” zakonnika. Niektórzy doświadczeni duchowni dostrzegali niebezpieczeństwo podziału polskiego Kościoła wskutek części działań toruńskiego centrum medialnego.


CZYTAJ WIĘCEJ

Autor artykułu: Tomasz Pompowski

Czy Rydzyk zostanie usunięty z zakonu i Radia Maryja?

July 13th, 2007

W Rzymie zapadły już decyzje dotyczące przyszłości założyciela Radia Maryja, Telewizji TRWAM i “Naszego Dziennika”. Jak się dowiedziała nieoficjalnie gazeta internetowa Wiadomości24.pl, decyzje te mają zostać ogłoszone w najbliższych dniach.
Dyrektor Radia Maryja o. Tadeusz Rydzyk. / Fot. PAP/Maciej KurońJak sie dowiedzieliśmy nieoficjalnie ze źródeł zbliżonych do watykańskich duchownych zajmujących się sprawą założyciela Radia Maryja, Stolica Apostolska chce szybkiego rozwiązania problemu o. Tadeusza Rydzyka. Od dłuższego czasu “niepokoiły ją niektóre sposoby ewangelizacji” zakonnika. Niektórzy doświadczeni duchowni dostrzegali niebezpieczeństwo podziału polskiego Kościoła wskutek części działań toruńskiego centrum medialnego.

Niepokój rzymskich duchownych przyglądających się funkcjonowaniu radia i innych jego ośrodków medialnych miała pogłębić seria ostrych artykułów “Naszego Dziennika” krytykujących postawę publicystów katolickich wobec “problemu Wielgusa” i powodujących zamęt oraz zgorszenie wśród części Polaków. Czarę goryczy miały przelać jednak ostatnio opublikowane wypowiedzi dyrektora radia. Jakie kroki podejmą władze Zakonu Redemptorystów na prośbę watykańskiej kongregacji?

Możliwe są dwa scenariusze. Pierwszy polegałby na administracyjnym (przez władze zgromadzenia) odsunięciu zakonnika od mediów i toruńskiej szkoły. Najprawdopodobniej też na jakiś czas zostałby przeniesiony do domu zakonnego za granicą. I drugi, bardziej zdecydowany, polegający na usunięciu o. Rydzyka z zakonu. I ten wydaje sie być bardziej realny. Potem ks. Tadeusz Rydzyk zostałby przypisany do którejś z diecezji. Być może nawet nie w Polsce.

Autor artykułu:

Śmierć wydaje się wyborem

June 23rd, 2007

Wojciech Kudyba, fiolozof, eseista, bliski znajomy tragicznie zmarłego ks. prałata Waldemara Durdy, podejmuje próbę odpowiedzi na pytania, które stawia sobie wielu sądeczan.
∑ Jak przyjął Pan informację o śmierci księdza prałata?
– To był wielki szok. Tym bardziej, że byłem jednym z dobrych znajomych, ośmielam się powiedzieć – przyjaciół księdza prałata Durdy. Rozmawiałem z nim ostatni raz w środę przed Bożym Ciałem. Spotkałem go na placu przed bazyliką. Wcześniej dochodziły mnie informacje, że źle się czuje, że jest chory, ale nikt z nas nie wiedział, co to za choroba. Zapytałem go o zdrowie, odpowiedział: jest źle. Myślałem, że to choroba nowotworowa, nie mogłem przypuszczać, że to właśnie depresja. Ksiądz prałat wyglądał źle, ale nie sądziłem, że to się tak skończy. Po informacji o jego śmierci, tak jak wszyscy w mieście, stawiałem sobie pytania natury etycznej i religijnej. Tymczasem wydaje mi się, że kluczem do zrozumienia tego, co się stało, jest po prostu wiedza medyczna, której posiadamy za mało. Dużo rozmawiałem z moją żoną, która właśnie jest w trakcie specjalizacji z neurologii i neurologopedii. Dzwoniłem do swoich znajomych psychologów, te rozmowy bardzo mi pomogły.
∑ Odejście księdza Durdy wywołuje wiele pytań. Informacje przekazywane przez stronę kościelną były lakoniczne. Wszystko wskazuje jednak na to, że ksiądz prałat, który działał w apostolstwie chorych, napisał nawet książkę o chrześcijańskiej postawie wobec cierpienia, sam doświadczył cierpienia, które okazało się silniejsze od jego woli.
– Przede wszystkim chcę zwrócić uwagę na to, że depresja jest obecnie w czołówce chorób cywilizacyjnych. Ta choroba przekracza granice zawodów, grup społecznych, czy granice wieku. Statystyki są przerażające. Według badań, jest to dziś czwarta choroba na liście najpoważniejszych zagrożeń dla zdrowia ludzi na świecie. Niestety nadal mało o niej wiemy. Nie każdy smutek, nie każde strapienie jest depresją, ale granica między nimi jest niesłychanie płynna. To rozróżnienie jest tak samo trudne dla samego chorego jak i dla jego bliskich. Kiedy widzimy osobę smutną, strapioną, mamy taką tendencję, żeby powiedzieć: człowieku weź się w garść, nic jeszcze nie jest stracone; albo jeśli mamy do czynienia z osobą religijną mówimy: pomódl się, odnów swoją wiarę, bardziej zaufaj Bogu. O ile takie rady w przypadku lekkich smutków i strapień mogą być skuteczne, o tyle w przypadku depresji wywołują wręcz odwrotny skutek. Próbę opisania świata człowieka chorego na depresję podjął wielki autorytet polskiej psychiatrii Antoni Kępiński. Posłużę się cytatem: „W depresji smutek nachodzi człowieka bez uchwytnej przyczyny. Świat traci swą barwę, przyszłość zamienia się w czarną ścianę nie do przebycia, przeszłość w pasmo ciemnych wydarzeń obciążających chorego poczuciem winy (…) Myśl obraca się wokół jednego tematu, beznadziejności własnego życia, własnych win i własnej bezradności. Marzeń o śmierci, która wydaje się jedynym wybawieniem”.
∑ Jak się okazuje, nawet osoba, od której oczekujemy wielkiej siły duchowej, wspartej przecież wiarą, wobec tej choroby staje bezradna.
– W strapieniu i smutku człowiek panuje nad nimi, jest w stanie ten smutek opanować, w depresji nie. Obraz świata z tego cytatu nie jest wynikiem złej woli chorego, ale niezależnych od niego procesów fizjologicznych, które zachodzą w mózgu. W tym sensie człowiek chory na depresję traci wolną wolę, to co robi najczęściej nie ma nic wspólnego z jego świadomym wyborem.
∑ W tym kontekście, w sensie religijnym i duchowym, można mówić o świadectwie księdza prałata, człowieka dotkniętego niewyobrażalnym cierpieniem, które doprowadziło go na skraj ludzkiej wytrzymałości.
– Niestety ten rodzaj śmierci jest w naszej kulturze uważany za haniebny, ale jest tak wyłącznie dlatego, że za mało wiemy o depresji. Dziś trudno spotkać rodzinę, w której nie zdarzyłby się przypadek choroby nowotworowej. Jeśli wierzyć statystykom wkrótce równie powszechnym zagrożeniem stanie się depresja. Sądzę, że jesteśmy wezwani do pewnego przewartościowania problemu samobójstwa. Inaczej mówiąc, o ile nadal będziemy uważali taką śmierć za tragiczną i trudną do zrozumienia, o tyle na pewno nie będziemy już myśleć o samym akcie samobójstwa jako o czymś haniebnym.
∑ Samobójstwa w tym wypadku dokonuje kapłan. Świat w jakim żyjemy, myślę o polskiej kulturze i tradycji mówi, że taka rzecz nie mogła się zdarzyć. Świadomość wyniszczającej siły choroby może rozwiązać dylemat?
– Moim zdaniem kluczem jest tu rzeczywiście medycyna. Natomiast nam wolno zadawać pytania religijne, ale nie ma na nie prostej odpowiedzi. Podstawowe pytanie religijne, które wszyscy sobie w Sączu zadają jest takie: jak Bóg mógł do tego dopuścić? I na to pytanie nie ma odpowiedzi. Ja nie wiem dlaczego Bóg dopuszcza takie rzeczy, tak samo jak nie wiem dlaczego Bóg dopuszcza, że ludzie umierają na raka, albo dlaczego dzieci umierają z głodu. Jest to jakaś tragedia wpisana w nasz świat i musimy ją jakoś nieść. Ja nie tracę nadziei, że Bóg jest wielki i potrafi z największej tragedii wyprowadzić dobro. Jeśli teraz ktoś zainteresuje się i dowie czym jest depresja, jeśli dzięki temu inaczej popatrzymy na samobójstwo, być może to właśnie będzie tym dobrem. Ja tego nie wiem teraz, ale wierzę, że to musi mieć jakiś sens.
∑ W poszukiwaniu tego sensu najbardziej zdaje się brakować rozmowy, kościół jej unikał. Pana zdaniem taka otwarta rozmowa jest nam potrzebna?
– Rozmowa potrafi być lekarstwem na ból, zwłaszcza na ból duchowy. Musimy wykrzyczeć to, co mamy w środku, inaczej to coś zacznie zjadać nasze serca. Chcę jednak podkreślić jedno, że nikt z nas nie ma wątpliwości co do etycznego wymiaru tego czynu. Rozmawiałem z wieloma osobami spotkanymi na ulicy, co zresztą jest też pewnym fenomenem, że ludzie zatrzymują się na ulicach i zaczynają rozmowę ze sobą na ten temat. Każda z osób, które spotkałem mówiła: to było coś, nad czym prałat nie panował, nie był świadomy co czyni, był bezwolny, zabijany przez chorobę. Pamiętajmy, że etycznej ocenie możemy poddawać tylko takie czyny, które są świadome i dobrowolne. Tutaj nie było wolnej woli.
∑ Z tego, co Pan mówi wynika, że wiele osób jest gotowych do nawet trudnej rozmowy sprowokowanej tym, co się stało. Nie sądzi Pan, że zasługują oni na to, by traktować ich z większym zaufaniem?
– Sądzę, że to trochę przerosło ludzi głęboko religijnych, którzy mają tendencję do religijnego myślenia o wszystkim. O depresji jednak trzeba myśleć najpierw medycznie.
∑ Mówiąc wprost, są sytuacje w których stwierdzenie o niezbadanych wyrokach boskich nie wystarczy, szczególnie kiedy dysponujemy wiedzą pozwalającą podjąć konkretne działanie?
– Takie ważne pytanie pojawia się u tych, którzy księdza prałata dobrze znali, ja też zadawałem sobie to pytanie. To jest trudne pytanie, ale nie sposób uchylić się od odpowiedzi. Czy myśmy zrobili wszystko, żeby mu pomóc? Odpowiedź na to pytanie jest niestety negatywna i ja też sobie negatywnie na to pytanie odpowiedziałem. Nie wszystko zrobiłem. Idąc dalej, pytamy, dlaczego nie zrobiłem wszystkiego? Przecież nie dlatego, że mi się nie chciało, tylko dlatego, że ja nie wiedziałem. Myślę, że nikt nie wiedział. Wiedza o tym czym jest depresja, była najbliższym księdza nieznana. Nie było jednak tak, że prałata Durdę otaczała obojętność. Wielu ludzi chciało mu pomóc, ale nie wiedzieli jak to zrobić. Zarzut obojętności byłby wobec nich wielką niesprawiedliwością.
∑ Co wyniesiemy z tego doświadczenia? Każde, także trudne doświadczenie powinno być dla nas lekcją. Kościół, przynajmniej na razie, nie chce na ten temat rozmawiać poza własnym gronem i wiele osób musi szukać odpowiedzi na te pytania na własną rękę.
– Kościół tworzą ludzie i ten Kościół przeżywa wszystkie problemy tego świata. Jeśli problemem tego świata jest depresja, będzie ona obecna również w kościele. Księdza Durdę zabrała choroba, o której wiedzieliśmy zbyt mało. Pora to zmienić.
rozmawiał sławomir wrona

Autor artykułu:

Pikieta przed sądeckim szpitalem

June 23rd, 2007

Pielęgniarki i lekarze sądeckiego szpitala zablokowały na godzinę skrzyżowanie Młyńskiej i Śniadeckiego w Nowym Sączu. Policja kierowała ruch na inne ulice. Solidaryzują się z pielęgniarkami w Warszawie, które od wtorku przed Urzędem Rady Ministrów czekają na rozmowy. Sądecki protest jest częścią akcji zwracającej uwagę na sytuację w służbie zdrowia.
Szefowa Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych w Nowym Sączu – Anna Geisler-Mokrzycka nie kryła oburzenia zachowaniem premiera.
– Zostałyśmy potraktowane niepoważnie. Już prawie byliśmy w gabinecie, a wtedy wyznaczono na miejsce spotkania inny, odległy punkt Warszawy. Czy tego rodzaju pikiety przerodzą się w strajk uzależniamy od wyników rozmów z rządem. Nie może być tak, że pielęgniarka za zastrzyk dostaje 12 groszy, a lekarz za operację 20. Jest to stawka godzinowa. To tragikomiczne, biorąc pod uwagę odpowiedzialność i stopień trudności niektórych zabiegów.
W proteście przed sądeckim szpitalem wzięło udział kilkadziesiąt osób. Pielęgniarkom towarzyszyły koleżanki z Gorlic i Nowego Targu oraz lekarze. Transparent powieszony na barierce szpitala głosił: „Strajk. Dość Wyzysku”. Protestujący krążyli po przejściu dla pieszych na ulicy Młyńskiej. Nieśli transparenty i rozdawali ulotki informujące o zasadności protestu. Podobne słowa płynęły z megafonu niesionego przez jednego z lekarzy. – Nie chcemy, aby pacjenci oczekiwali miesiącami w szpitalu w kolejkach do lekarza lub na operację. Nie chcemy, aby umierali ci, którzy mogli by żyć, gdyby system opieki zdrowotnej w Polsce był sprawny – dało się słyszeć.
– Pacjenci na pewno nie ucierpieli podczas naszej akcji – mówi Anna Geisler-Mokrzycka. – Nie wysłaliśmy swojej delegacji do Warszawy nie chcąc uszczuplać personelu. Na każdym oddziale jest dwóch albo trzech lekarzy i pielęgniarki.
(raf)

Autor artykułu:

Oczekiwanie na arabską lekcję

June 21st, 2007

W gminie Nawojowa trzy czwarte gospodarstw dotknęła klęska suszy. W gminie Łososina Dolna na brak wody cierpi 60 procent domostw. W gminach: Grybów, Korzenna, Podegrodzie brak wody dotyka połowę gospodarstw. Gminy chcą budować wodociągi. Jednak na te kosztowne inwestycje trudno otrzymać unijne środki, bo efektywność takich wydatków jest za mała. Koszt budowy wodociągu do 7 domów w Kozerówce jest wyższy niż wodociągu dla całego osiedla w Krakowie, gdzie domów jest kilkaset.
– Senator Stanisław Kogut zabiega, by na wypoczynek w kurortach Sądecczyzny zaczęli przyjeżdżać bogaci goście z krajów arabskich – mówi Stanisław Golonka, wójt gminy Łososina Dolna. – Może na ich wizytach i my skorzystalibyśmy. W sądeckich gminach zaczyna dramatycznie brakować wody, a oni mają doświadczenie jak przetrwać, gdy nie ma czego pić i w czym się myć. Pewnie podzieliliby się z nami swymi doświadczeniami, skoro Unia Europejska nie chce podzielić się z nami pieniędzmi na budowę wodociągów z wydajnymi ujęciami. Górali nie przesiedlimy z ojcowizny do zwartych skupisk, żeby sprostać wymogom biurokratycznym co do efektywności wydawania środków pomocowych na wodociągi. Musimy szukać innych rozwiązań.
– Sytuacja staje się wręcz kuriozalna, gdy Narodowy Fundusz Ochrony Środowiska odmawia współfinansowania wodociągów wiejskich podając jako przyczynę późniejsze większe zanieczyszczenie środowiska przez zrzut zwiększonej ilości ścieków – mówi Stanisław Kiełbasa, wójt gminy Nawojowa. – Tymczasem u nas, nawet wodociągi nie gwarantują dostaw wody do gospodarstw. Dramatycznie wysychają studnie. Te płytkie, ale nawet głębinowe, wiercone 70 metrów w ziemię. Od 30 lat ziemię bada u nas geolog, profesor Wojciech Frohlich i mówi, że ujawnia sytuację dawniej nawet teoretycznie niemożliwą. Nagłą ucieczkę wody z warstw czwartorzędu do głębszych, ze starszego trzeciorzędu. Po kilku dniach bez deszczu, do studni trzeba wlewać wodę przywożoną przez straż pożarną. Dla nas jedynym ratunkiem jest budowa dużego zbiornika na Majdanie w Nowym Sączu i podpięcie się do miejskiej sieci wodociągowej. Wtedy i tak całkowity stan klęski nie zostałby przełamany, bo nadal mamy zbyt małe możliwości uzyskania pieniędzy na budowę wodociągów. Dziś z wodociągów korzysta mniej niż połowa wsi Nawojowa, a gmina to przecież też kilka innych miejscowości.
stanisław śmierciak

Autor artykułu:

Wożą powietrze?

June 6th, 2007

Już w wakacje autobusy Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Nowym Sączu przestaną wjeżdżać na teren gminy Kamionka Wielka. Być może tuż po wakacjach znikną z dróg w gminie Chełmiec. Czyżby zanosiło się na to, że autobusami miejskiego przewoźnika będziemy jeździć tylko po terenie miasta?
Dojechać na peryferie Nowego Sącza
Prezes MPK Andrzej Leopold Cisoń opracowuje nową sieć linii miejskich, żeby mieszkańcy peryferyjnych dzielnic nie zostali pozbawieni możliwości dojazdu do centrum, kiedy znikną linie podmiejskie.
– Powód wypowiadania nam umów przez samorządy gmin jest prosty i oczywisty – mówi prezes sądeckiego MPK Andrzej Leopold Cisoń. – To kwestia konieczności wyrównywania przez budżet gmin naszych strat, wynikających z rozbudowanego systemu ulg w opłatach pasażerskich za przejazdy autobusami miejskimi. Gminy wolą więc PKS, który otrzymuje dopłaty z kasy wojewódzkiej, a więc też z pieniędzy podatnika. Wielu samorządowców nie zdaje sobie jednak z tego sprawy. Poza tym, w autobusach PKS jest skromniejszy system ulg.
Gmina Korzenna zrezygnowała z większości usług MPK w zimie. Gmina Kamionka Wielka też wtedy zrezygnowała z kilku linii miejskiego przewoźnika utrzymując do końca roku szkolnego dwie. Teraz zrywa ostatnie kontrakty z MPK.
Nie mamy tych pieniędzy
– W minionym roku zapłaciliśmy MPK około 230 tysięcy złotych – wyjaśnia wójt Kamionki Wielkiej Kazimierz Siedlarz. – W tym roku za dwa miesiące kursowania linii 37 oraz sześć miesięcy istnienia linii 15 i 26 musimy wyłożyć 167 tysięcy. Roczne utrzymanie systemu komunikacji masowej liniami MPK kosztowałoby gminę prawie pół miliona złotych. Nie mamy tylu pieniędzy. Rada Gminy postanowiła o rozstaniu z MPK. Na dotychczasowe linie MPK wjeżdżają autobusy PKS i przewoźnicy prywatni.
Pasażerowie alarmują, że zamiana przewoźnika tylko pozornie niczego nie zmienia. Wiele osób ma prawo do ulg w MPK, ale nie w PKS. Poza tym PKS nie ma tak gęstej sieci przystanków jak MPK. Wreszcie, w Nowym Sączu PKS zabiera i wysadza pasażerów na dworcu PKS i przy dworcu PKP. MPK dowoziło ich w pobliże szkół i do Rynku.
Władze gminy Chełmiec przyznają, że w tym roku nie wpłaciły choćby złotówki za kursowanie miejskich autobusów. Urzędnicy uporczywie czekają na podpisanie porozumienia z prezydentem Nowego Sącza.
– Z gminą Chełmiec chcemy przygotować „program naprawczy”, czyli stworzyć szansę obniżenia kosztów naszych usług – mówi prezes MPK Andrzej Leopold Cisoń. – Negocjujemy likwidację dublujących się linii, a także rezygnację z kursów, które zamiast pasażerów wożą powietrze. Sprawa jest o tyle trudna, że z Sącza dojeżdża wielu uczniów do szkoły średniej w Marcinkowicach i likwidacja tej linii stałaby się dla nich problemem.
Prezes Cisoń mówi, że MPK ma już projekt linii alternatywnych, które po zniknięciu tych podmiejskich utrzymają komunikację na przedmieścia. W kierunku Kamionki ruszy linia z Rynku przez dworzec PKP i ul. Nawojowską do Jamnicy. W przypadku zerwania umów z Chełmcem, miejskie autobusy będą kursowały do pętli w Rdziostowie.
stanisław śmierciak

Autor artykułu:

Trwa wojna w spółce

June 5th, 2007

Jakieś fatum wisi nad naszą miejscowością, chyba diabeł rzucił tu kamieniem, bo nijak się z ludźmi nie można dogadać – mówi Stanisław Górka, mieszkaniec Pasierbca w gminie Limanowa. – Były trzy sprawy w sądzie i je wygrałem, a pieniędzy od spółki wodnej jak nie ma, tak nie ma. Sprawa ciągnie się od dwóch lat. Jak nie zapłacą, to ich nie wpuszczę na teren.
Źródła wody pitnej na okolicznych wzgórzach są bardzo bogate. By je eksploatować i doprowadzić wodociągami do gospodarstw, mieszkańcy Pasierbca i Walowej Góry powołali przed laty spółkę wodną. Jej prezesem jest Jan Wiktor, miejscowy organista. Na gruncie Stanisława Górki spółka za jego zgodą dwa lata temu zbudowała ujęcie wody i zbiornik.
– Czekałem cierpliwie, że może mi zapłacą za szkody wyrządzone w lesie i na polanie, ale doczekać się nie mogę, żeby gmina mi wypłaciła odszkodowanie – mówi Górka. – Owszem, dawali mi 1500 złotych za ar, ale się nie zgodziłem. Zryli 2,5 ara niech zapłacą po 2,5 tysiąca złotych. A jak nie, to znowu spotkamy się w sądzie. Poszedłem wójtowi Pazdanowi na rękę, a teraz mnie lekceważą i nie płacą.
Gospodarstwo Stanisława Górki chyli się ku upadkowi. 36 lat spędził za kierownicą jeżdżąc w kółku rolniczym, PKS i w firmach prywatnych. Stawał przed komisjami lekarskimi, ale renty nie wywalczył. Mieszka w starym, drewnianym domu z chorą 83–letnią matką. Hoduje barany i kozy, żeby przeżyć.
– Matka ma 500 złotych renty, a na same lekarstwa wydaje miesięcznie blisko 800 złotych – wylicza Górka. – Jak tu żyć? Stodołę, chociaż chciałbym pokryć nowym dachem, bo mi wiatr zerwał stary. Ale za co?
Stanisław Górka znany jest w okolicy, jako rzeźbiarz ludowy, „złota rączka” i muzyk pasierbieckiej orkiestry parafialnej. Żyje bardzo ubogo, bo nawet nie stać go na postawienie płotu. Zwiózł stare opony samochodowe i zrobił z nich ogrodzenie. Każda złotówka ma dla niego niebywałą wartość.
– Panu Staszkowi pomogliśmy trochę w życiu, choćby przy przeprowadzeniu sprawy spadkowej – wyjaśnia wójt Limanowej, Władysław Pazdan. – Teraz ruch należy do niego. Jeśli podpisze z nami umowę notarialną na budowę nowych zbiorników, to do końca czerwca wszystko uregulujemy.
jerzy wideł

Autor artykułu:

Bank do rozbiórki

June 5th, 2007

Budynek banku PKO w Muszynie powinien zostać dawno rozebrany. Oczywiście, gdyby prawo w Polsce było przestrzegane. Przed laty bowiem został wybudowany z naruszeniem podstawowych zasad prawa budowlanego. Dobrze o tym wiedzą inspektorzy nadzoru budowlanego, sądy, prokuratury i straże pożarne. Sąsiadujący z bankiem PKO Teresa i Aleksander Górowie od 1991 r. walczą o to, by prawo było respektowane. To już 16 lat! Bank jednak nic sobie z tego nie robi, a drewniany budynek państwa Górów nadal jest zagrożony.
Państwo Górowie zaczęli wymianę korespondencji z różnymi instytucjami zajmującymi się budownictwem już w 1991 roku. Ostatnio otrzymali pismo od Małopolskiego Wojewódzkiego Inspektora Nadzoru Budowlanego w Krakowie, który obiecuje, że zajmie się sprawą bankowej samowolki.
Niech przestrzegają prawa
– Ja nie chcę żadnego odszkodowania od banku, nawet dużych pieniędzy – mówi Aleksander Góra. – Ja chcę tylko, by bank stosował się do przepisów prawa. Mój dom jest zagrożony pożarem i zawaleniem dachu. Tymczasem, jedno co mi się udało to fakt, że zmusiliśmy bank w 2004 roku do wyprowadzki. Ale budynek pozostał.
W marcu 1991 r., ówczesny burmistrz Muszyny Kazimierz Miazga wydał pozwolenie na budowę dla banku, zatwierdzając urbanistyczny i architektoniczny plan realizacji. Już w październiku 1992 roku, Urząd Wojewódzki zakwestionował budowę stwierdzając „w projekcie budynek banku znajduje się zaledwie o 60 cm od sąsiedniego budynku, nie jest wyposażony w ścianę oddzielenia pożarowego, dach budynku bankowego jest nad dachem sąsiadów”. Władze bankowe nic sobie jednak z tego nie robiły. – Złożyliśmy pozew do Sądu Rejonowego w Muszynie, by wstrzymać budowę – wspomina Aleksander Góra. – Sąd rozpatrywał ją dwa lata. Monitowaliśmy do Głównego Inspektora Nadzoru Budowlanego w Warszawie. Budowa szła w najlepsze. Bank otwarto bez zezwolenia w listopadzie 1993 r. Zamknięto go dopiero w styczniu 2004 r.
Pismo „bez biegu”
Na wniosek państwa Górów Komenda Miejska Straży Pożarnej w Nowym Sączu przeprowadziła kontrolę. W dokumencie straży czytamy, że według informacji uzyskanych od przedstawicieli banku budynek nigdy nie został przekazany do użytkowania. Po doniesieniu Górów do prokuratury w 2006 r. prokurator rejonowa Beata Stępień-Warzecha stwierdza, że pismo w tej prawie pozostaje „bez biegu”. I tak jest do dzisiaj.
W zeszłym tygodniu wysłaliśmy do Wydziału Prasowego dyrekcji Banku PKO BP pytania w tej sprawie. Do dzisiaj nie otrzymaliśmy odpowiedzi.
jerzy wideł

Autor artykułu:

Traktorem wokół Rynku

May 21st, 2007

W najbliższą sobotę wokół sądeckiego Rynku będzie jeździł… rolniczy ciągnik. Za jego kierownicą zasiądzie James Ofwona – prezes zarządu Forum Kenijsko–Polskiego w Polsce. „Ciągnikowa” akacja jest organizowana przez Forum Kenijsko–Polskie i Fundację Simba Friends. Pierwsza z nich rozwija współpracę między krajami na płaszczyźnie kulturalnej, turystycznej i biznesowej. Nie ustaje też w wysiłkach niesienia pomocy Kenii poszukując nieraz niekonwencjonalnych sposobów na zainteresowanie nimi społeczeństwa. Jednym z nich jest akcja w rynku.
– Ma na celu pozyskanie pieniędzy na zakup maszyn dla niedoinwestowanego kenijskiego rolnictwa – mówi Maja Krzyżanowska. – Konkretnie chodzi o sprzęt dla gminy Sega położonej niedaleko granicy z Ugandą. Każdy grosz ma dla nas znaczenie.
Fundacja Simba Friends powstała, by nieść pomoc społeczeństwom w krajach rozwijających się. – Prowadziliśmy projekty rozwojowe w Kenii pod egidą ONZ – dodaje Maja Krzyżanowska. – Od sierpnia do grudnia ubiegłego roku budowaliśmy tam szkołę dla czterystu dzieci. Dwieście z nich to sieroty. Teraz planujemy budowę boiska dla klubu z Nairobi i pomagamy w zakupie rolniczego ciągnika. Nim jednak traktor zaparkuje na płycie Rynku, dzień wcześniej w Zespole Szkół Społecznych SPLOT w Nowym Sączu odbędzie się Dzień Kenii. Przewidziane są warsztaty interaktywne, prezentacje multimedialne i debata. W sobotę usłyszymy rytmy afrykańskie w wykonaniu Drum Attack i zespoły regionalne. Można będzie kupić rękodzieło afrykańskie, albo wygrać je na loterii.
(raf)

Autor artykułu: