Wojciech Kudyba, fiolozof, eseista, bliski znajomy tragicznie zmarłego ks. prałata Waldemara Durdy, podejmuje próbę odpowiedzi na pytania, które stawia sobie wielu sądeczan.
∑ Jak przyjął Pan informację o śmierci księdza prałata?
– To był wielki szok. Tym bardziej, że byłem jednym z dobrych znajomych, ośmielam się powiedzieć – przyjaciół księdza prałata Durdy. Rozmawiałem z nim ostatni raz w środę przed Bożym Ciałem. Spotkałem go na placu przed bazyliką. Wcześniej dochodziły mnie informacje, że źle się czuje, że jest chory, ale nikt z nas nie wiedział, co to za choroba. Zapytałem go o zdrowie, odpowiedział: jest źle. Myślałem, że to choroba nowotworowa, nie mogłem przypuszczać, że to właśnie depresja. Ksiądz prałat wyglądał źle, ale nie sądziłem, że to się tak skończy. Po informacji o jego śmierci, tak jak wszyscy w mieście, stawiałem sobie pytania natury etycznej i religijnej. Tymczasem wydaje mi się, że kluczem do zrozumienia tego, co się stało, jest po prostu wiedza medyczna, której posiadamy za mało. Dużo rozmawiałem z moją żoną, która właśnie jest w trakcie specjalizacji z neurologii i neurologopedii. Dzwoniłem do swoich znajomych psychologów, te rozmowy bardzo mi pomogły.
∑ Odejście księdza Durdy wywołuje wiele pytań. Informacje przekazywane przez stronę kościelną były lakoniczne. Wszystko wskazuje jednak na to, że ksiądz prałat, który działał w apostolstwie chorych, napisał nawet książkę o chrześcijańskiej postawie wobec cierpienia, sam doświadczył cierpienia, które okazało się silniejsze od jego woli.
– Przede wszystkim chcę zwrócić uwagę na to, że depresja jest obecnie w czołówce chorób cywilizacyjnych. Ta choroba przekracza granice zawodów, grup społecznych, czy granice wieku. Statystyki są przerażające. Według badań, jest to dziś czwarta choroba na liście najpoważniejszych zagrożeń dla zdrowia ludzi na świecie. Niestety nadal mało o niej wiemy. Nie każdy smutek, nie każde strapienie jest depresją, ale granica między nimi jest niesłychanie płynna. To rozróżnienie jest tak samo trudne dla samego chorego jak i dla jego bliskich. Kiedy widzimy osobę smutną, strapioną, mamy taką tendencję, żeby powiedzieć: człowieku weź się w garść, nic jeszcze nie jest stracone; albo jeśli mamy do czynienia z osobą religijną mówimy: pomódl się, odnów swoją wiarę, bardziej zaufaj Bogu. O ile takie rady w przypadku lekkich smutków i strapień mogą być skuteczne, o tyle w przypadku depresji wywołują wręcz odwrotny skutek. Próbę opisania świata człowieka chorego na depresję podjął wielki autorytet polskiej psychiatrii Antoni Kępiński. Posłużę się cytatem: „W depresji smutek nachodzi człowieka bez uchwytnej przyczyny. Świat traci swą barwę, przyszłość zamienia się w czarną ścianę nie do przebycia, przeszłość w pasmo ciemnych wydarzeń obciążających chorego poczuciem winy (…) Myśl obraca się wokół jednego tematu, beznadziejności własnego życia, własnych win i własnej bezradności. Marzeń o śmierci, która wydaje się jedynym wybawieniem”.
∑ Jak się okazuje, nawet osoba, od której oczekujemy wielkiej siły duchowej, wspartej przecież wiarą, wobec tej choroby staje bezradna.
– W strapieniu i smutku człowiek panuje nad nimi, jest w stanie ten smutek opanować, w depresji nie. Obraz świata z tego cytatu nie jest wynikiem złej woli chorego, ale niezależnych od niego procesów fizjologicznych, które zachodzą w mózgu. W tym sensie człowiek chory na depresję traci wolną wolę, to co robi najczęściej nie ma nic wspólnego z jego świadomym wyborem.
∑ W tym kontekście, w sensie religijnym i duchowym, można mówić o świadectwie księdza prałata, człowieka dotkniętego niewyobrażalnym cierpieniem, które doprowadziło go na skraj ludzkiej wytrzymałości.
– Niestety ten rodzaj śmierci jest w naszej kulturze uważany za haniebny, ale jest tak wyłącznie dlatego, że za mało wiemy o depresji. Dziś trudno spotkać rodzinę, w której nie zdarzyłby się przypadek choroby nowotworowej. Jeśli wierzyć statystykom wkrótce równie powszechnym zagrożeniem stanie się depresja. Sądzę, że jesteśmy wezwani do pewnego przewartościowania problemu samobójstwa. Inaczej mówiąc, o ile nadal będziemy uważali taką śmierć za tragiczną i trudną do zrozumienia, o tyle na pewno nie będziemy już myśleć o samym akcie samobójstwa jako o czymś haniebnym.
∑ Samobójstwa w tym wypadku dokonuje kapłan. Świat w jakim żyjemy, myślę o polskiej kulturze i tradycji mówi, że taka rzecz nie mogła się zdarzyć. Świadomość wyniszczającej siły choroby może rozwiązać dylemat?
– Moim zdaniem kluczem jest tu rzeczywiście medycyna. Natomiast nam wolno zadawać pytania religijne, ale nie ma na nie prostej odpowiedzi. Podstawowe pytanie religijne, które wszyscy sobie w Sączu zadają jest takie: jak Bóg mógł do tego dopuścić? I na to pytanie nie ma odpowiedzi. Ja nie wiem dlaczego Bóg dopuszcza takie rzeczy, tak samo jak nie wiem dlaczego Bóg dopuszcza, że ludzie umierają na raka, albo dlaczego dzieci umierają z głodu. Jest to jakaś tragedia wpisana w nasz świat i musimy ją jakoś nieść. Ja nie tracę nadziei, że Bóg jest wielki i potrafi z największej tragedii wyprowadzić dobro. Jeśli teraz ktoś zainteresuje się i dowie czym jest depresja, jeśli dzięki temu inaczej popatrzymy na samobójstwo, być może to właśnie będzie tym dobrem. Ja tego nie wiem teraz, ale wierzę, że to musi mieć jakiś sens.
∑ W poszukiwaniu tego sensu najbardziej zdaje się brakować rozmowy, kościół jej unikał. Pana zdaniem taka otwarta rozmowa jest nam potrzebna?
– Rozmowa potrafi być lekarstwem na ból, zwłaszcza na ból duchowy. Musimy wykrzyczeć to, co mamy w środku, inaczej to coś zacznie zjadać nasze serca. Chcę jednak podkreślić jedno, że nikt z nas nie ma wątpliwości co do etycznego wymiaru tego czynu. Rozmawiałem z wieloma osobami spotkanymi na ulicy, co zresztą jest też pewnym fenomenem, że ludzie zatrzymują się na ulicach i zaczynają rozmowę ze sobą na ten temat. Każda z osób, które spotkałem mówiła: to było coś, nad czym prałat nie panował, nie był świadomy co czyni, był bezwolny, zabijany przez chorobę. Pamiętajmy, że etycznej ocenie możemy poddawać tylko takie czyny, które są świadome i dobrowolne. Tutaj nie było wolnej woli.
∑ Z tego, co Pan mówi wynika, że wiele osób jest gotowych do nawet trudnej rozmowy sprowokowanej tym, co się stało. Nie sądzi Pan, że zasługują oni na to, by traktować ich z większym zaufaniem?
– Sądzę, że to trochę przerosło ludzi głęboko religijnych, którzy mają tendencję do religijnego myślenia o wszystkim. O depresji jednak trzeba myśleć najpierw medycznie.
∑ Mówiąc wprost, są sytuacje w których stwierdzenie o niezbadanych wyrokach boskich nie wystarczy, szczególnie kiedy dysponujemy wiedzą pozwalającą podjąć konkretne działanie?
– Takie ważne pytanie pojawia się u tych, którzy księdza prałata dobrze znali, ja też zadawałem sobie to pytanie. To jest trudne pytanie, ale nie sposób uchylić się od odpowiedzi. Czy myśmy zrobili wszystko, żeby mu pomóc? Odpowiedź na to pytanie jest niestety negatywna i ja też sobie negatywnie na to pytanie odpowiedziałem. Nie wszystko zrobiłem. Idąc dalej, pytamy, dlaczego nie zrobiłem wszystkiego? Przecież nie dlatego, że mi się nie chciało, tylko dlatego, że ja nie wiedziałem. Myślę, że nikt nie wiedział. Wiedza o tym czym jest depresja, była najbliższym księdza nieznana. Nie było jednak tak, że prałata Durdę otaczała obojętność. Wielu ludzi chciało mu pomóc, ale nie wiedzieli jak to zrobić. Zarzut obojętności byłby wobec nich wielką niesprawiedliwością.
∑ Co wyniesiemy z tego doświadczenia? Każde, także trudne doświadczenie powinno być dla nas lekcją. Kościół, przynajmniej na razie, nie chce na ten temat rozmawiać poza własnym gronem i wiele osób musi szukać odpowiedzi na te pytania na własną rękę.
– Kościół tworzą ludzie i ten Kościół przeżywa wszystkie problemy tego świata. Jeśli problemem tego świata jest depresja, będzie ona obecna również w kościele. Księdza Durdę zabrała choroba, o której wiedzieliśmy zbyt mało. Pora to zmienić.
rozmawiał sławomir wrona
Autor artykułu: